ILE WOLNO PRZED ŚLUBEM?

Radek: Chcieliśmy wytrwać w czystości przedmałżeńskiej. Z czasem jednak nasze pieszczoty stawały się coraz bardziej namiętne i odważne. Przekraczaliśmy po kolei granice, które sobie sami wyznaczaliśmy i w końcu oboje stwierdziliśmy, że nasze sumienia wyrzucają nam to, że nie trzymamy się granic przez siebie ustalonych. Postanowiliśmy, że zrobimy tygodniowy post od bliskości. Podczas tego tygodnia pomyślałem, że skoro nie umieliśmy trzymać się granic przez siebie ustalonych, to powinniśmy powstrzymać się nawet od pocałunków, które same nasuwają mi się jako początek “ścieżki” erotycznej.

Marta: O ile zgadzam się z Radkiem, że nie było dobrem to, że przekroczyliśmy granice, które sobie postawiliśmy – i ponoszę za to współodpowiedzialność – o tyle nie sądzę, żeby miało to być powodem, dla którego należałoby całkowicie zrezygnować z czułości wyrażanej pocałunkami, lecz warto po prostu raz jeszcze spróbować i walczyć o to, by tym razem tej granicy, którą sobie postawiliśmy, nie przekroczyć. Dla mnie nasze pocałunki są sposobem wyrażania przywiązania i przynależności; dają mi poczucie bezpieczeństwa i akceptacji.

Marto i Radku! Decyzja w jaki sposób trzymać się będziecie wyznaczonych granic, należy oczywiście do Was. Warto, by Wasze pocałunki, Radku, były wyrazem czułości, sposobem wyrażania przywiązania i przynależności dającej Marcie poczucie bezpieczeństwa i akceptacji. Warto wejść na taką właśnie ścieżkę bliskości, a nie na tę, która poprzez napięcie erotyczne sprowadza Was na „równię pochyłą”, na której trudno już się zatrzymać. Natomiast Ty Marto, ułatw Radkowi poruszanie się na tej ścieżce poprzez rozumienie w jaki sposób On przeżywa Twoją bliskość, poprzez rozumienie napięć seksualnych, jakie w Nim się rodzą i nie powiększanie ich. Wasza wspólna droga po tej ścieżce nie musi więc polegać na separacji od pocałunków, ale na wyraźnym ukierunkowaniu ich na to wszystko, o czym tak pięknie piszesz Marto! A także na tym, by wola i rozum brały górę nad instynktem… A więc może nie rezygnacja z pocałunków ale… próba zmiany ich smaku…

Pytanie „ile wolno przed ślubem?” stawiają często narzeczeni, szukając jakiejś konkretnej granicy, do której wolno im posunąć się we w kontaktach seksualnych. Na szczęście istnieją jeszcze pary, które sobie takie pytanie zadają… Zachęcanie do nie podejmowania współżycia przed ślubem nie pochodzi bowiem z komody prababci i nie jest wymysłem zza kościelnego biurka, ale jest wyrazem odpowiedzialnego przygotowania do małżeństwa. Rozmawiałem z wieloma małżeństwami, które nie poczekały ze współżyciem do ślubu. Wszystkie mówią dziś, że gdyby zaczynały życie raz jeszcze, na pewno by poczekały. Nie spotkałem żadnego małżeństwa, które poczekało i dziś tego żałuje. Raczej są z tego dumne. Współżycie seksualne w sposób niezwykle głęboki angażuje sferę emocjonalną. Domaga się coraz to nowych doznań. Przed ślubem zmniejsza to zainteresowanie innymi niż seks dziedzinami poznawania siebie nawzajem. Przysłania ich poznawanie. A w okresie przygotowania do małżeństwa warto zwrócić szczególną uwagę na wzajemne poznanie intelektualne, poznanie swoich nawyków, przyzwyczajeń, hierarchii wartości, swojej osobowości.

Współżycie seksualne w okresie chodzenia ze sobą i w narzeczeństwie, traktowane jako główne spoiwo związku, jest źródłem wielu pomyłek w decyzji na małżeństwo. I to jest jeden z powodów, dla których Kościół mówi „nie” współżyciu przed ślubem. Mówi to w trosce o małżeństwo, w trosce o roztropną decyzję. W trosce o prawdziwą miłość. I głosi jeszcze, że do tak wielkiego przeżycia, tak ważnego, tak więziotwórczego i będącego zarazem źródłem życia ludzkiego, potrzebna jest łaska sakramentu.

Ważne jest, by w okresie narzeczeństwa sfera seksualna naszych kontaktów dojrzewała i by w tym dojrzewaniu ważną rolę miała asceza i powściągliwość. By czas przygotowania do małżeństwa było wyraźnym czasem porządkowania tej sfery. Ważny jest dialog chłopca i dziewczyny na ten temat, by powstrzymanie się od współżycia było świadomym wspólnym wyborem. Żeby nie było to interpretowane jako brak miłości, ale jako jej szczególnie silny przejaw.

Irenka i ja zdecydowaliśmy się poczekać ze współżyciem do ślubu. Było to dla nas zupełnie oczywiste. Tym niemniej w naszych relacjach fizycznych było wiele sytuacji „na pograniczu”. Później, w małżeństwie, potrafiliśmy powiedzieć sobie, które z nich były jakby zapowiedzią, „jaskółką” piękna, które czeka nas w małżeństwie, a które budziły wyrzuty sumienia. Irence brakowało drobnych gestów czułości, zauważenia, wypowiadania miłości słowami. Ja zaś czułem się, jak się później okazało, wbrew jej intencjom, prowokowany przez nią seksualnie. Tłumaczyłem to sobie takim właśnie „kobiecym” sposobem wyrażania uczuć, jej potrzebą bliskości, oddania, ale moja odpowiedź budziła w niej czasem niechęć, i jak się później okazało – nie lubiła jej. Jednak zatrzymanie się przed najważniejszą granicą, nieprzekroczenie jej, pozwoliło nam doświadczyć, że życie jest całością, a sfera erotyczna jest bardzo silnie w nie wtopiona. Udało nam się nie przechylić zanadto szali wagi seksu przed ślubem. Dziś, po wielu latach, traktuję to jako ważne doświadczenie, które ułatwiło nam pokonywanie trudności w różnych dziedzinach naszego życia już w małżeństwie. To była bardzo ważna inwestycja w nasze przyszłe małżeństwo. Na pewno przyczyniło się do umocnienia jego trwałości, pomimo wielu burz jakie przeżyliśmy. (Jerzy Grzybowski)